

Dawno, dawno temu - a właściwie całkiem niedawno - we Wrocławiu, mieście mostów i krasnali, wydarzyło się coś naprawdę magicznego.Był chłodny, ale słoneczny poranek pewnego dnia stycznia. Zimowe słońce zaglądało do okna mieszkania, jakby samo chciało zobaczyć cud, który miał się dziś wydarzyć.Tego ranka mama obudziła się z dziwnym, ciepłym przeczuciem w sercu. Wiedziała - to był ten dzień. Coś się zaczynało. Tata, choć jeszcze zaspany, spojrzał na mamę i od razu zrozumiał. Uśmiechnęli się do siebie - To dziś - powiedzieli niemal jednocześnie.

Pojechali do szpitala i wieczorem tego dnia mały chłopiec o imieniu Jaś przyszedł na świat. Cichutko, jakby nie chciał nikogo spłoszyć, ale z iskierką odwagi w oczach.Gdy tylko zapłakał po raz pierwszy, stało się coś niezwykłego… Nikt z ludzi tego nie zauważył, ale w całym Wrocławiu poruszyły się… krasnale. Te z Rynku, spod mostów, z zaułków i parków. Najstarszy z nich, Krasnal Mądrala, poprawił czapkę i rzekł - Narodził się chłopiec, który ma w sobie magię tego miasta.

Po kilku dniach mały Jasiu razem z rodzicami wrócili szczęśliwi do domu.Gdy noc okryła Wrocław miękkim, granatowym kocem, a księżyc zawisł nad miastem jak srebrna latarnia, Jasiu spał spokojnie. Jego oddech był cichy i równy, a w serduszku - choć jeszcze takie maleńkie - tliła się niezwykła ciekawość świata.

Wtedy właśnie sen otworzył przed nim drzwi. Najpierw pojawiło się delikatne światło, jakby ktoś zapalił maleńkie lampiony. Potem Jasiu poczuł, że unosi się lekko, bez strachu, jak piórko niesione wiatrem.Gdy otworzył oczy, znalazł się w Krainie Krasnali – miejscu ciepłym, barwnym i pełnym życzliwych spojrzeń. Wokół niego stały krasnale o długich brodach i czapkach w kolorach mchu, maków i jesiennych liści.Najstarszy z nich, Krasnal Mądrala, uklęknął obok Jasia i powiedział łagodnym głosem: Witaj, mały podróżniku. Przybyłeś tu, by poznać wartości, które będą prowadzić Cię przez całe życie.

Odwaga
Pierwsza wystąpiła Krasnalka Iskra, drobna, ale o jasnych, pewnych oczach - Odwaga - rzekła - to nie brak strachu. To umiejętność zrobienia kroku naprzód, nawet gdy serce bije szybciej.I pokazała Jasiowi most nad rzeką, który wyglądał na długi i chwiejny.Gdy Jasiu zrobił pierwszy krok, most rozświetlił się złotym blaskiem. Każdy kolejny krok był łatwiejszy. Krasnale klasnęły w dłonie - Tak właśnie rośnie odwaga - szepnęły.

Siła
Potem podszedł Krasnal Dąb, szeroki w barach i spokojny jak stare drzewo - Prawdziwa siła - powiedział - nie zawsze jest w mięśniach. Często mieszka w cierpliwości, wytrwałości i wstawaniu po upadku.Jasiu zobaczył, jak mała roślinka przebija się przez kamień, by dotknąć słońca. Zrozumiał, że siła bywa cicha, ale nigdy się nie poddaje.

Empatia
Z tłumu wyszła Krasnalka Serduszko i położyła dłoń na piersi - Empatia - rzekła - to dar widzenia świata oczami drugiego. To umiejętność słuchania i współodczuwania.W jednej chwili Jasiu poczuł radość, zmartwienia i nadzieję innych krasnali. Nie było to trudne ani przytłaczające - było naturalne, jak oddech. - Gdy rozumiesz innych, świat staje się łagodniejszy - powiedziała krasnalka.

Szczerość
Krasnal Zwierciadło uniósł małe lusterko- Szczerość - oznajmił - to odwaga bycia sobą i mówienia prawdy, nawet gdy nie jest łatwa.W lustrzeJasiu zobaczył nie tylko siebie, ale też świat taki, jaki jest naprawdę - piękny, choć czasem nieidealny. - Prawda buduje zaufanie - dodał krasnal. - A zaufanie jest mostem między sercami.

Szacunek
Na końcu wszyscy krasnale otoczyli Jasia kręgiem - Szacunek - powiedzieli razem - to pamięć, że każdy jest ważny. Mały i duży. Głośny i cichy. Inny, ale równy.Jasiu poczuł ciepło, jakby ktoś otulił go miękkim kocem. Zrozumiał, że szacunek zaczyna się od uważności i dobroci.
Kraina Krasnali powoli się oddalała. Krasnale pomachały Jasiowi na pożegnanie - Nie zapomnij - szepnął Krasnal Mądrala - Te wartości już w tobie są. My tylko pomogliśmy ci je obudzić.Jasiu uśmiechnął się przez sen. Krasnale pokazały Jasiowi, że odwaga może być malutka, radość codzienna, a dobro ukryte w drobnych gestach.Powiedziały mu też, że choć teraz jest jeszcze malutki, pewnego dnia wróci do tej krainy - nie we śnie, lecz w sercu - ilekroć będzie potrzebował siły.Gdy sen o Krainie Krasnali cichutko odpłynął, Jasiu leżał spokojnie w swoim łóżeczku. Jego rączki były rozluźnione, a na twarzy pojawił się delikatny uśmiech, jakby wciąż słyszał śmiech krasnali i brzęk ich lampionów.Mama nachyliła się nad nim i poprawiła kołderkę, a tata pogasił światła, zostawiając tylko małą lampkę, która świeciła ciepłym, bezpiecznym blaskiem.Za oknem miasto spało, a wrocławskie krasnale - te widoczne i te zupełnie niewidzialne - czuwały nad snem małego Jasia.

A Jasiu spał.Spał z odwagą w serduszku.Z siłą, która będzie rosła razem z nim.Z empatią, która nauczy go rozumieć innych.Ze szczerością, która poprowadzi go właściwą drogą.I z szacunkiem, który sprawi, że świat odpowie mu tym samym.Dobranoc, Jasiu. Niech krasnale strzegą twoich snów,a jutro przyniesie nową, piękną przygodę.


Na straganie w dzień targowy
Takie słyszy się rozmowy:"Może pan się o mnie oprze,
Pan tak więdnie, panie koprze.""Cóż się dziwić, mój szczypiorku,
Leżę tutaj już od wtorku!"Rzecze na to kalarepka:
"Spójrz na rzepę - ta jest krzepka!"Groch po brzuszku rzepę klepie:
"Jak tam, rzepo? Coraz lepiej?""Dzięki, dzięki, panie grochu,
Jakoś żyje się po trochu.Lecz pietruszka - z tą jest gorzej:
Blada, chuda, spać nie może.""A to feler" -
Westchnął seler.Burak stroni od cebuli,
A cebula doń się czuli:"Mój Buraku, mój czerwony,
Czybyś nie chciał takiej żony?"Burak tylko nos zatyka:
"Niech no pani prędzej zmyka,Ja chcę żonę mieć buraczą,
Bo przy pani wszyscy płaczą.""A to feler" -
Westchnął seler.Naraz słychać głos fasoli:
"Gdzie się pani tu gramoli?!""Nie bądź dla mnie taka wielka" -
Odpowiada jej brukselka."Widzieliście, jaka krewka!" -
Zaperzyła się marchewka."Niech rozsądzi nas kapusta!"
"Co, kapusta?! Głowa pusta?!"A kapusta rzecze smutnie:
"Moi drodzy, po co kłótnie,Po co wasze swary głupie,
Wnet i tak zginiemy w zupie!""A to feler" -
Westchnął seler.
Pan pomidor wlazł na tyczkę
I przedrzeźnia ogrodniczkę.
"Jak pan może,
Panie pomidorze?!"Oburzyło to fasolę:
"A ja panu nie pozwolę!
Jak pan może,
Panie pomidorze?!"Groch zzieleniał aż ze złości:
"Że też nie wstyd jest waszmości,
Jak pan może,
Panie pomidorze?!"Rzepka także go zagadnie:
"Fe! Niedobrze! Fe! Nieładnie!
Jak pan może,
Panie pomidorze?!"Rozgniewały się warzywa:
"Pan już trochę nadużywa.
Jak pan może,
Panie pomidorze?!"Pan pomidor zawstydzony,
Cały zrobił się czerwony
I spadł wprost ze swojej tyczki
Do koszyczka ogrodniczki.
Zachwycony jej powabem
Hipopotam błagał żabę:"Zostań żoną moją, co tam,
Jestem wprawdzie hipopotam,
Kilogramów ważę z tysiąc,
Ale za to mógłbym przysiąc,
Że wzór męża znajdziesz we mnie
I że ze mną żyć przyjemnie.
Czuję w sobie wielki zapał,
Będę ci motylki łapał
I na grzbiecie, jak w karecie,
Będę woził cię po świecie,
A gdy jazda już cię znuży,
Wrócisz znowu do kałuży.
Krótko mówiąc - twoją wolę
Zawsze chętnie zadowolę,
Każdy rozkaz spełnię ściśle.
Co ty na to?""Właśnie myślę...
Dobre chęci twoje cenię,
A więc - owszem. Mam życzenie...""Jakie, powiedz? Powiedz szybko,
Moja żabko, moja rybko,
I nie krępuj się zupełnie,
Twe życzenie każde spełnię,
Nawet całkiem niedościgłe...""Dobrze, proszę: nawlecz igłę!"
Nad rzeczką opodal krzaczka
Mieszkała kaczka-dziwaczka,
Lecz zamiast trzymać się rzeczki
Robiła piesze wycieczki.Raz poszła więc do fryzjera:
"Poproszę o kilo sera!"Tuż obok była apteka:
"Poproszę mleka pięć deka."Z apteki poszła do praczki
Kupować pocztowe znaczki.Gryzły się kaczki okropnie:
"A niech tę kaczkę gęś kopnie!"Znosiła jaja na twardo
I miała czubek z kokardą,
A przy tym, na przekór kaczkom,
Czesała się wykałaczką.Kupiła raz maczku paczkę,
By pisać list drobnym maczkiem.
Zjadając tasiemkę starą
Mówiła, że to makaron,
A gdy połknęła dwa złote,
Mówiła, że odda potem.Martwiły się inne kaczki:
"Co będzie z takiej dziwaczki?"Aż wreszcie znalazł się kupiec:
"Na obiad można ją upiec!"Pan kucharz kaczkę starannie
Piekł, jak należy, w brytfannie,Lecz zdębiał obiad podając,
Bo z kaczki zrobił się zając,
W dodatku cały w buraczkach.
Taka to była dziwaczka!
Proszę pana, pewna kwoka
Traktowała świat z wysoka
I mówiła z przekonaniem:
"Grunt to dobre wychowanie!"
Zaprosiła raz więc gości,
By nauczyć ich grzeczności.
Pierwszy osioł wszedł, lecz przy tym
W progu garnek stłukł kopytem.
Kwoka wielki krzyk podniosła:
"Widział kto takiego osła?!"
Przyszła krowa. Tuż za progiem
Zbiła szybę lewym rogiem.
Kwoka gniewna i surowa
Zawołała: "A to krowa!"
Przyszła świnia prosto z błota.
Kwoka złości się i miota:
"Co też pani tu wyczynia?
Tak nabłocić! A to świnia!"
Przyszedł baran. Chciał na grzędzie
Siąść cichutko w drugim rzędzie,
Grzęda pękła. Kwoka wściekła
Coś o łbie baranim rzekła
I dodała: "Próżne słowa,
Takich nikt już nie wychowa,
Trudno... Wszyscy się wynoście!"
No i poszli sobie goście.
Czy ta kwoka, proszę pana,
Była dobrze wychowana?
Do biedronki przyszedł żuk,
W okieneczko puk-puk-puk.Panieneczka widzi żuka:
"Czego pan tu u mnie szuka?"Skoczył żuk jak polny konik,
Z galanterią zdjął melonikI powiada: "Wstań, biedronko,
Wyjdź, biedronko, przyjdź na słonko.Wezmę ciebie aż na łączkę
I poproszę o twą rączkę"Oburzyła się biedronka:
"Niech pan tutaj się nie błąka,
Niech pan zmiata i nie lata,
I zostawi lepiej mnie,
Bo ja jestem piegowata,
A pan - nie!"Powiedziała, co wiedziała,
I czym prędzej odleciała,Poleciała, a wieczorem
Ślub już brała - z muchomorem,Bo od środka aż po brzegi
Miał wspaniałe, wielkie piegi.Stąd nauka
Jest dla żuka:
Żuk na żonę żuka szuka.
Mieszkała stonoga pod Biała,
Bo tak się jej podobało.
Raz przychodzi liścik mały
Do stonogi,
Że proszona jest do Białej
Na pierogi.
Ucieszyło to stonogę,
Więc ruszyła szybko w drogę.Nim zdążyła dojść do Białej,
Nogi jej się poplątały:
Lewa z prawą, przednia z tylną,
Każdej nodze bardzo pilno,
Szósta zdążyć chce za siódmą,
Ale siódmej iść za trudno,
No, bo przed nią stoi ósma,
Która właśnie jakiś guz ma.Chciała minąć jedenastą,
Poplątała się z piętnastą,
A ta znów z dwudziestą piątą,
Trzydziesta z dziewięćdziesiątą,
A druga z czterdziestą czwartą,
Choć wcale nie było warto.Stanęła stonoga wśród drogi,
Rozplątać chce sobie nogi;
A w Białej stygną pierogi!Rozplątała pierwszą, drugą,
Z trzecią trwało bardzo długo,
Zanim doszła do trzydziestej,
Zapomniała o dwudziestej,
Przy czterdziestej już się krząta,
"No, a gdzie jest pięćdziesiąta?"
Sześćdziesiątą nogę beszta:
"Prędzej, prędzej! A gdzie reszta?"To wszystko tak długo trwało,
Że przez ten czas całą Białą
Przemalowano na zielono,
A do Zielonej stonogi nie proszono.
Na brzegu błękitnej rzeczki
Mieszkają małe smuteczki.Ten pierwszy jest z tego powodu,
Że nie wolno wchodzić do ogrodu,
Drugi - że woda nie chce być sucha,
Trzeci - że mucha wleciała do ucha,
A jeszcze, że kot musi drapać,
Że kura nie daje się złapać,
Że nie można gryźć w nogę sąsiada
I że z nieba kiełbasa nie spada,
A ostatni smuteczek jest o to,
Że człowiek jedzie, a piesek musi biec piechotą.Lecz wystarczy pieskowi dać mleczko
I już nie ma smuteczków nad rzeczką.
Idzie jeż, idzie jeż,
Może ciebie pokłuć też!Pyta wróbel: "Panie jeżu,
Co to pan ma na kołnierzu?""Mam ja igły, ostre igły,
Bo mnie wróble nie ostrzygły!"Idzie jeż, idzie jeż,
Może ciebie pokłuć też!Zoczył jeża młody szczygieł:
"Po co panu tyle igieł?""Mam ja igły, ostre igły,
Żeby kłuć niegrzeczne szczygły!"Sroka też ma kłopot świeży:
"Po co pan się tak najeżył?""Mam ja igły, ostre igły,
Będę z igieł robił widły!"Wzięła sroka nogi za pas:
"Tyle wideł! Taki zapas!"W dziesięć chwil już była na wsi:
"Ludzie moi najłaskawsi,Otwierajcie drzwi sosnowe,
Dostaniecie widły nowe!"
"Niech mi każdy powie szczerze,
Skąd się wzięły dziury w serze?"Indyk odrzekł: "Ja właściwie
Sam się temu bardzo dziwię."Kogut zapiał z galanterią:
"Kto by też brał ser na serio?"Owca stała zadumana:
"Pójdę, spytam się barana."Koń odezwał się najprościej:
"Moja rzecz to dziury w moście."Pies obwąchał ser dokładnie:
"Czuję kota: on tu kradnie!"Kot udając, że nie słyszy,
Miauknął: "Dziury robią myszy."Przyleciała wreszcie wrona:
"Sprawa będzie wyjaśniona,Próbę dziur natychmiast zrobię,
Bo mam świetne czucie w dziobie."Bada dziury jak należy,
Każdą dziurę w serze mierzy,Każdą zgłębia i przebiera -
A gdzie ser jest? Nie ma sera!Indyk zsiniał, owca zbladła:
"Gwałtu! Wrona ser nam zjadła!"Na to wrona na nich z góry:
"Wam chodziło wszak o dziury.Wprawdzie ser zużyłam cały,
Ale dziury pozostały!Bo gdy badam, nic nie gadam,
I co trzeba zjeść, to zjadam.Trudno. Nikt dziś nie docenia
Prawdziwego poświęcenia!"Po czym wrona, jak to ona,
Poszła sobie obrażona.
Entliczek-pentliczek, czerwony stoliczek,
A na tym stoliczku pleciony koszyczek,W koszyczku jabłuszko, w jabłuszku robaczek,
A na tym robaczku zielony kubraczek.Powiada robaczek: "I dziadek, i babka,
I ojciec, i matka jadali wciąż jabłka,A ja już nie mogę! Już dosyć! Już basta!
Mam chęć na befsztyczek!" I poszedł do miasta.Szedł tydzień, a jednak nie zmienił zamiaru,
Gdy znalazł się w mieście, poleciał do baru.Są w barach - wiadomo - zwyczaje utarte:
Podchodzi doń kelner, podaje mu kartę,A w karcie - okropność! - przyznacie to sami:
Jest zupa jabłkowa i knedle z jabłkami,Duszone są jabłka, pieczone są jabłka
I z jabłek szarlotka, i komput [placek], i babka!No, widzisz, robaczku! I gdzie twój befsztyczek?
Entliczek-pentliczek, czerwony stoliczek.
Wy nie wiecie, a ja wiem,
Jak rozmawiać trzeba z psem,Bo poznałem język psi,
Gdy mieszkałem w pewnej wsi.A więc wołam: Do mnie, psie!
I już pies odzywa się.Potem wołam: Hop-sa-sa!
I już mam przy sobie psa.A gdy powiem: Cicho leż!
Leżę ja i pies mój też.Kiedy dłoń wyciągam doń,
Grzecznie liże moją dłoń.I zabawnie szczerzy kły,
Choć nie bywa nigdy zły.Gdy psu kość dam - pies ją ssie,
Bo to są zwyczaje psie.Gdy pisałem wierszyk ten,
Pies u nóg mych zapadł w sen,Potem wstał, wyprężył grzbiet,
Żebym z nim na spacer szedł.Szliśmy razem - ja i on,
Pies postraszył stado wron,Potem biegł zwyczajem psim,
A ja biegłem razem z nim.On ujadał. A ja nie.
Pies i tak rozumie mnie,Pies rozumie, bo ja wiem,
Jak rozmawiać trzeba z psem.
"Mój ślimaku, pokaż rożki,
Dam ci sera na pierożki."Ale ślimak się opiera:
"Nie chcę sera, nie jem sera!""Pokaż rożki, mój ślimaku,
Dam ci za to garstkę maku."Ślimak chowa się w skorupie.
"Głupie żarty, bardzo głupie.""Pokaż rożki, mój kochany,
Dam ci za to łyk śmietany."Ślimak gniewa się i złości:
"Powiedziałem chyba dość ci!"Ale żona, jak to żona,
Nic jej nigdy nie przekona,Dalej męczy: "Pokaż rożki,
Dam ci za to krawat w groszki."Ślimak całkiem już znudzony
Rzecze: "Dość mam takiej żony,Życie z tobą się ślimaczy,
Muszę zacząć żyć inaczej!"I nie mówiąc nic nikomu,
Po kryjomu wyszedł z domu.Lecz wyjść z domu dla ślimaka
To jest rzecz nie byle jaka.Ślimak pełznie środkiem parku,
A dom wisi mu na karku,A z okienka patrzy żona
I wciąż woła niestrudzona:"Pokaż rożki, pokaż rożki,
Dam ci wełny na pończoszki!"Ślimak jęknął i oniemiał,
Tupnął nogą, której nie miał,Po czym schował się w skorupie
I do dziś ze złości tupie.
"Jak się zegarkowi powodzi?"
"Owszem, niczego, chodzi."
"Podobno spieszy się o trzy minuty?"
"Owszem. Jest trochę zepsuty."Zegarek w duchu klnie,
Bardzo mu to nie w smak,
Chciałby powiedzieć: "Nie!"
A mówi: "Tak-tak, tak-tak, tak-tak.""Pan jakoś dziś niewesoły?"
"Bo się spóźniłem do szkoły."
"Nie wiedział pan, która godzina?
Czyżby pękła sprężyna?"Zegarek w duchu klnie,
Bardzo mu to nie w smak,
Chciałby powiedzieć: "Nie!"
A mówi: "Tak-tak, tak-tak, tak-tak.""Jakiej to marki zegarek?"
"Ja nie wiem. Tyle jest marek..."
"To zwykła tandeta, panie,
Za chwilę na pewno stanie!"Zegarek w duchu klnie,
Bardzo mu to nie w smak,
Chciałby powiedzieć: "Nie!"
A mówi: "Tak-tak, tak-tak, tak-tak."
Tańcowała igła z nitką,
Igła - pięknie, nitka - brzydko.Igła cała jak z igiełki,
Nitce plączą się supełki.Igła naprzód - nitka za nią:
"Ach, jak cudnie tańczyć z panią!"Igła biegnie drobnym ściegiem,
A za igłą - nitka biegiem.Igła górą, nitka bokiem,
Igła zerka jednym okiem,Sunie zwinna, zręczna, śmigła.
Nitka szepce: "Co za igła!"Tak ze sobą tańcowały,
Aż uszyły fartuch cały!
Samochwała w kącie stała
I wciąż tak opowiadała:"Zdolna jestem niesłychanie,
Najpiękniejsze mam ubranie,
Moja buzia tryska zdrowiem,
Jak coś powiem, to już powiem,
Jak odpowiem, to roztropnie,
W szkole mam najlepsze stopnie,
Śpiewam lepiej niż w operze,
Świetnie jeżdżę na rowerze,
Znakomicie muchy łapię,
Wiem, gdzie Wisła jest na mapie,
Jestem mądra, jestem zgrabna,
Wiotka, słodka i powabna,
A w dodatku, daję słowo,
Mam rodzinę wyjątkową:
Tato mój do pieca sięga,
Moja mama - taka tęga
Moja siostra - taka mała,
A ja jestem - samochwała!"
Na tapczanie siedzi leń,
Nic nie robi cały dzień."O, wypraszam to sobie!
Jak to? Ja nic nie robię?
A kto siedzi na tapczanie?
A kto zjadł pierwsze śniadanie?
A kto dzisiaj pluł i łapał?
A kto się w głowę podrapał?
A kto dziś zgubił kalosze?
O - o! Proszę!"Na tapczanie siedzi leń,
Nic nie robi cały dzień."Przepraszam! A tranu nie piłem?
A uszu dzisiaj nie myłem?
A nie urwałem guzika?
A nie pokazałem języka?
A nie chodziłem się strzyc?
To wszystko nazywa się nic?"Na tapczanie siedzi leń,
Nic nie robi cały dzień.Nie poszedł do szkoły, bo mu się nie chciało,
Nie odrobił lekcji, bo czasu miał za mało,
Nie zasznurował trzewików, bo nie miał ochoty,
Nie powiedział "dzień dobry", bo z tym za dużo roboty,
Nie napoił Azorka, bo za daleko jest woda,
Nie nakarmił kanarka, bo czasu mu było szkoda.
Miał zjeść kolację - tylko ustami mlasnął,
Miał położyć się - nie zdążył - zasnął.
Śniło mu się, że nad czymś ogromnie się trudził.
Tak zmęczył się tym snem, że się obudził.
Pojechał Michał pod Częstochowę,
Tam kupił buty siedmiomilowe.Co stąpnie nogą - siedem mil trzaśnie,
Bo Michał takie buty miał właśnie.Szedł pełen dumy, szedł pełen buty,
W siedmiomilowe buty obuty.W piętnaście minut był już w Warszawie:
"Tutaj - powiada - dłużej zabawię!"Żona spojrzała i zapłakała:
"Już nie dopędzę mego Michała."Dzieci go ciągle tramwajem gonią,
A on już w Kutnie, a on już w Błoniu.Wybrał się Michał z żoną do kina,
Lecz zawędrował do Radzymina.Chciał starszą córkę odwiedzić w mieście,
Adres - wiadomo - Złota 30.Poszedł piechotą, bo było blisko,
Trafił na Złotą, ale w Grodzisku.Raz się umówił z teściem na rynku,
Zanim się spostrzegł - był w Ciechocinku.Pobiegł z powrotem, myśląc, że zdąży,
I wnet się znalazł na rynku... w Łomży.Chciał do Warszawy powrócić wreszcie.
Ale co chwila był w innym mieście:W Kielcach, w Kaliszu, w Płocku, w Szczecinie
I w Skierniewicach, i w Koszalinie.Nie mógł utrafić! Więc pod Opocznem
Jęknął żałośnie: "Tutaj odpocznę!"Usiadł i spojrzał ogromnie struty
Na swoje siedmiomilowe buty,Zdjął je ze złością, do wody wrzucił
I na bosaka do domu wrócił.
Matołek raz zwiedzał zoo
I wołał co chwila: "O-o!"
"Jaka brzydka papuga!"
"Żyrafa jest za długa!"
"Słoń za wysoki!"
"A po co komu te foki?"
"Zebra ma farbowane żebra!"
"Tygrys
Chętnie by mnie stąd wygryzł!"
"Na, a zajrzyjmy pod daszek:
Żółw - tuś, bratku, tuś!"
"A to? Ptaszek.
Niezły ptaszek -
Struś!"
Wreszcie zbliża się do wielbłąda,
Uważnie mu się przygląda
I powiada wskazując na niego przez kraty:
"Owszem, niezły. Niczego! Szkoda tylko, że garbaty!"TYGRYS
"Co słychać, panie tygrysie?"
"A nic. Nudzi mi się."
"Czy chciałby pan wyjść zza tych krat?"
"Pewnie. Przynajmniej bym pana zjadł."STRUŚ
Struś ze strachu
Ciągle głowę chowa w piachu,
Więc ma opinię mazgaja.
A nadto znosi jaja wielkości strusiego jaja.PAPUGA
"Papużko, papużko,
Powiedz mi coś na uszko."
"Nic nie powiem, boś ty plotkarz,
Powtórzysz każdemu, kogo spotkasz."LIS
Rudy ojciec, rudy dziadek,
Rudy ogon - to mój spadek,
A ja jestem rudy lis.
Ruszaj stąd, bo będę gryzł.WILK
Powiem ci w słowach kilku,
Co myślę o tym wilku:
Gdyby nie był na obrazku,
Zaraz by cię zjadł, głuptasku.ŻÓŁW
Żółw chciał pojechać koleją,
Lecz koleje nie tanieją.
Żółwiowi szkoda pieniędzy:
"Pójdę pieszo, będę prędzej."ZEBRA
Czy ta zebra jest prawdziwa?
Czy to tak naprawdę bywa?
Czy też malarz z bożej łaski
Pomalował osła w paski?KANGUR
"Jakie pan ma stopy duże,
Panie kangurze!"
"Wiadomo, dlatego kangury
W skarpetkach robią dziury."ŻUBR
Pozwólcie przedstawić sobie:
Pan żubr we własnej osobie.
No, pokaż się, żubrze. Zróbże
Minę uprzejmą, żubrze.DZIK
Dzik jest dziki, dzik jest zły,
Dzik ma bardzo ostre kły.
Kto spotyka w lesie dzika,
Ten na drzewo szybko zmyka.RENIFER
Przyszły dwie panie do renifera.
Renifer na nie spoziera
I rzecze z galanterią: "Bardzo mi przyjemnie,
Że będą panie miały rękawiczki ze mnie."MAŁPA
Małpy skaczą niedościgle,
Małpy robią małpie figle,
Niech pan spojrzy na pawiana:
Co za małpa, proszę pana!KROKODYL
"Skąd ty jesteś, krokodylu?"
"Ja? Znad Nilu.
Wypuść mnie na kilka chwil,
To zawiozę cię nad Nil."ŻYRAFA
Żyrafa tym głównie żyje,
Że w górę wyciąga szyję.
A ja zazdroszczę żyrafie,
Ja nie potrafię.LEW
Lew ma, wiadomo, pazur lwi,
Lew sobie z wszystkich wrogów drwi.
Bo jak lew tylko ryknie,
To wróg natychmiast zniknie.NIEDŹWIEDŹ
Proszę państwa, oto miś.
Miś jest bardzo grzeczny dziś,
Chętnie państwu łapę poda.
Nie chce podać? A to szkoda.PANTERA
Pantera jest cała w cętki,
A przy tym ma bieg taki prędki,
Że chociaż tego nie lubi,
Biegnąc - własne cętki gubi.SŁOŃ
Ten słoń nazywa się Bombi.
Ma trąbę, lecz na niej nie trąbi.
Dlaczego? Nie bądź ciekawy -
To jego prywatne sprawy.WIELBŁĄD
Wielbłąd dźwiga swe dwa garby
Niczym dwa największe skarby
I jest w bardzo złym humorze,
Że trzeciego mieć nie może.
Leciała mucha z Łodzi do Zgierza,
Po drodze patrzy: strażacka wieża,
Na wieży strażak zasnął i chrapie,
W dole pod wieżą gapią się gapie.Mucha strażaka ugryzła srodze,
Podskoczył strażak na jednej nodze,
Spogląda - gapie w dole zebrali się,
Wkoło rozejrzał się - o, rety! Pali się!Pożar widoczny, tak jak na dłoni!
Złapał za sznurek, na alarm dzwoni:- Pożar, panowie! Wstawać, panowie!
Dom się zapalił na Julianowie!Z łóżek strażacy szybko zerwali się -
Pali się! Pali się! Pali się! Pali się!Burmistrz zobaczył łunę z oddali:
- Co to się pali? Gdzie to się pali?
Na Sienkiewicza? Na Kołłątaja?
Czy też w Alei Pierwszego Maja?
Może spółdzielnia? Może piekarnia?Łuna już całe niebo ogarnia.Wstali strażacy, szybko ubrali się.
Pali się! Pali się! Pali się! Pali się!
Wyszli na balkon sędzia z sędziną,
Doktor, choć mocna spał pod pierzyną,
Wybiegł i patrzy z poważną miną.Z okna wychylił głowę mierniczy,
A już profesor z przeciwka krzyczy:- Obywatele! Wiadra przynieście!
Wszyscy na rynek! Pali się w mieście,
Dom cały w ogniu, zaraz zawali się!
Pali się! Pali się! Pali się! Pali się!Biegną już ludzie z szybkością wielką:
Więc nauczyciel z nauczycielką,
Fryzjer, sekretarz, telegrafista,
No i milicjant, rzecz oczywistaStraż jest gotowa w ciągu minuty.
Konia prowadzą - koń nie podkuty!
Trzeba zawołać szybko kowala,
Pożar na dobre się już rozpala!Prędzej! Gdzie kowal?! To nie zabawka!
Dawać sikawkę! Gdzie jest sikawka?!
Z pompą zepsutą niełatwa sprawa.
Woda do beczki! Beczka dziurawa!
Trudno, to każdej beczce się zdarza.
Który tam?! Prędzej, dawać bednarza!Zbierać siekiery, haki i liny!
Pali się w mieście już od godziny!
Pali się! Pali się! Pali się! Pali się!Wreszcie strażacy szybko zebrali się,
Beczkę zatkali drewnianym czopem,
Jadą już, jadą, pędzą galopem.
Przez Sienkiewicza, przez Kołłątaja,
Prosto w Aleję Pierwszego Maja -
Już przyjechali, już zatrzymali się:
Pali się!
Pali się!
Pali się!
Pali się!- Co to się pali? Gdzie to się pali?
Teren zbadali, ludzie spytali
I pojechali galopem dalej.- Gdzie to się pali? Może to tam?
Jadą i trąbią: tram-tra-ta-tam!Jadą Nawrotem, Rybną, Browarną,
A na Browarnej od dymu czarno,
Wszyscy czekają na straż pożarną.
Więc na Browarnej się zatrzymali:
- Gdzie to się pali?
- Tutaj się pali!Z całej ulicy ludzie zebrali się.
Pali się! Pali się! Pali się! Pali się!Biegną strażacy, rzucają liny,
Tymi linami ciągną drabiny,
Włażą do góry, pną się na mury,
Tną siekierami, aż lecą wióry!Czterech strażaków staje przy pompie -
Zaraz się ogień w wodzie ukąpie.To nie przelewki, to nie zabawki!
Tryska strumieniem woda z sikawki,
Syczą płomienie, syczą i mokną,
Tryska strumieniem woda przez okno,Już do komina sięga drabina,
Z okna na ziemię leci pierzyna,
Za nią poduszki, szfa, komoda,
W każdej szufladzie komody - woda.Kot jest na dachu, w trwodze się miota,
Biegną strażacy ratować kota.
Włażą do góry, pną się na mury,
Tną siekierami, aż lecą wióry,
Na dół spadają kosze, tobołki,
Stołki fikają z okien koziołki,
Jeszcze dwa łóżka, jeszcze dwie ławki,
A tam się leje woda z sikawki.Tak pracowali dzielni strażacy,
Że ich zalewał pot podczas pracy;
Jeden z drabiny przy tym się zwalił,
Drugi czuprynę sobie osmalił,Trzeci na dachu tkwiąc niewygodnie,
Zawisł na gwoździu i rozdarł spodnie,
A ci przy pompie w żałosnym stanie
Wzdychali: "Pomóż, święty Florianie!"Tak pracowali, że już po chwili
Pożar stłumili i ugasili.Jeszcze dymiące gdzieniegdzie głownie
Pozalewali w kwadrans dosłownie,
Jeszcze sprawdzili wszystkie kominy,
Zdjęli drabiny, haki i liny,
Jeszcze postali sobie troszeczkę,
Załadowali pompę na beczkę,Z ludźmi odbyli krótką rozmowę,
Wreszcie krzyknęli:
- Odjazd! Gotowe!
Jadą z powrotem, jadą z turkotem,
Jadą Browarną, Rybną, Nawrotem,
Jadą i trąbią: tram-tra-ta-tam!Ludzie po drodze gapią się z bram,
Śmieją się do nich dziewczęta z okien
I każdy dumnym spogląda okiem:- Rzadko bywają strażacy tacy,
Tacy strażacy - to są strażacy,
Takich strażaków potrzeba nam!Tra-tra-ta-tam!
Tra-tra-ta-tam!Mucha wracała właśnie do Łodzi;
Strażak na wieży kichnął. Nie szkodzi.
Inny strażacy po ciężkiej pracy
Myją się, czyszczą - jak to strażacy.
Koń w stajni grzebie nową podkową,
A beczka błyszczy obręczą nową.
Mucha spojrzała i odleciała -
Tak się skończyła historia cała.
Rada małpa, że się śmieli,
Kiedy mogła udać człeka,
Widząc panią raz w kąpieli,
Wlazła pod stół - cicho czeka.
Pani wyszła, drzwi zamknęła;
Małpa figlarz - nuż do dzieła!
Wziąwszy pański czepek ranny,
Prześcieradło
I zwierciadło -
Szust do wanny!
Dalej kurki kręcić żwawo!
W lewo, w prawo,
Z dołu, z góry,
Aż się ukrop puścił z rury.
Ciepło - miło - niebo - raj!
Małpa myśli: "W to mi graj!"
Hajże! Kozły, nurki, zwroty,
Figle, psoty,
Aż się wody pod nią mącą!
Ale ciepła coś za wiele...
Trochę nadto.. Ba, gorąco!...
Fraszka! małpa nie cielę,
Sobie poradzi:
Skąd ukrop ciecze,
Tam palec wsadzi.
- Aj, gwałtu! Piecze!
Nie ma co czekać,
Trzeba uciekać!
Małpa w nogi,
Ukrop za nią - tuż, tuż w tropy,
Aż pod progi.
To nie żarty - parzy stopy...
Dalej w okno!... Brzęk! - Uciekła!
Że tylko palce popiekła,
Nader szczęśliwa.
Tak to zwykle małpom bywa.
Stoi na stacji lokomotywa,
Ciężka, ogromna i pot z niej spływa:
Tłusta oliwa.Stoi i sapie, dyszy i dmucha,
Żar z rozgrzanego jej brzucha bucha:
Uch - jak gorąco!
Puff - jak gorąco!
Uff - jak gorąco!
Już ledwo sapie, już ledwo zipie,
A jeszcze palacz węgiel w nią sypie.
Wagony do niej podoczepiali
Wielkie i ciężkie, z żelaza, stali,
I pełno ludzi w każdym wagonie,
A w jednym krowy, a w drugim konie,
A w trzecim siedzą same grubasy,
Siedzą i jedzą tłuste kiełbasy,
A czwarty wagon pełen bananów,
A w piątym stoi sześć fortepianów,
W szóstym armata - o! jaka wielka!
Pod każdym kołem żelazna belka!
W siódmym dębowe stoły i szafy,
W ósmym słoń, niedźwiedź i dwie żyrafy,
W dziewiątym - same tuczone świnie,
W dziesiątym - kufry, paki i skrzynie,
A tych wagonów jest ze czterdzieści,
Sam nie wiem, co się w nich jeszcze mieści.
Lecz choćby przyszło tysiąc atletów
I każdy zjadłby tysiąc kotletów,
I każdy nie wiem jak się wytężał,
To nie udźwigną, taki to ciężar.
Nagle - gwizd!
Nagle - świst!
Para - buch!
Koła - w ruch!Najpierw -- powoli -- jak żółw -- ociężale,
Ruszyła -- maszyna -- po szynach -- ospale,
Szarpnęła wagony i ciągnie z mozołem,
I kręci się, kręci się koło za kołem,
I biegu przyspiesza, i gna coraz prędzej,
I dudni, i stuka, łomoce i pędzi,
A dokąd? A dokąd? A dokąd? Na wprost!
Po torze, po torze, po torze, przez most,
Przez góry, przez tunel, przez pola, przez las,
I spieszy się, spieszy, by zdążyć na czas,
Do taktu turkoce i puka, i stuka to:
Tak to to, tak to to , tak to to, tak to to.
Gładko tak, lekko tak toczy się w dal,
Jak gdyby to była piłeczka, nie stal,
Nie ciężka maszyna, zziajana, zdyszana,
Lecz fraszka, igraszka, zabawka blaszana.A skądże to, jakże to, czemu tak gna?
A co to to, co to to, kto to tak pcha,
Że pędzi, że wali, że bucha buch, buch?
To para gorąca wprawiła to w ruch,
To para, co z kotła rurami do tłoków,
A tłoki kołami ruszają z dwóch boków
I gnają, i pchają, i pociąg się toczy,
Bo para te tłoki wciąż tłoczy i tłoczy,
I koła turkocą, i puka, i stuka to:
Tak to to, tak to to, tak to to, tak to to!...
Zasadził dziadek rzepkę w ogrodzie,
Chodził te rzepkę oglądać co dzień.
Wyrosła rzepka jędrna i krzepka,
Schrupać by rzepkę z kawałkiem chlebka!
Więc ciągnie rzepkę dziadek niebożę,
Ciągnie i ciągnie, wyciągnąć nie może!Zawołał dziadek na pomoc babcię:
"Ja złapię rzepkę, ty za mnie złap się!"
I biedny dziadek z babcią niebogą
Ciągną i ciągną, wyciągnąć nie mogą!
Babcia za dziadka,
Dziadek za rzepkę,
Oj, przydałby się ktoś na przyczepkę!Przyleciał wnuczek, babci się złapał,
Poci się, stęka, aż się zasapał!
Wnuczek za babcię,
Babcia za dziadka,
Dziadek za rzepkę,
Oj, przydałby się ktoś na przyczepkę!
Pocą się, sapią, stękają srogo,
Ciągną i ciągną, wyciągnąć nie mogą!Zawołał wnuczek szczeniaczka Mruczka,
Przyleciał Mruczek i ciągnie wnuczka!
Mruczek za wnuczka,
Wnuczek za babcię,
Babcia za dziadka,
Dziadek za rzepkę,
Oj, przydałby się ktoś na przyczepkę!
Pocą się, sapią, stękają srogo,
Ciągną i ciągną, wyciągnąć nie mogą!Na kurkę czyhał kotek w ukryciu,
Zaszczekał Mruczek: "Pomóż nam, Kiciu!"
Kicia za Mruczka,
Mruczek za wnuczka,
Wnuczek za babcię,
Babcia za dziadka,
Dziadek za rzepkę,
Oj, przydałby się ktoś na przyczepkę!
Pocą się, sapią, stękają srogo,
Ciągną i ciągną, wyciągnąć nie mogą!Więc woła Kicia kurkę z podwórka,
Wnet przyleciała usłużna kurka.
Kurka za Kicię,
Kicia za Mruczka,
Mruczek za wnuczka,
Wnuczek za babcię,
Babcia za dziadka,
Dziadek za rzepkę,
Oj, przydałby się ktoś na przyczepkę!
Pocą się, sapią, stękają srogo,
Ciągną i ciągną, wyciągnąć nie mogą!Szła sobie gąska ścieżynką wąską,
Krzyknęła kurka: "Chodź no tu gąsko!"
Gąska za kurkę,
Kurka za Kicię,
Kicia za Mruczka,
Mruczek za wnuczka,
Wnuczek za babcię,
Babcia za dziadka,
Dziadek za rzepkę,
Oj, przydałby się ktoś na przyczepkę!
Pocą się, sapią, stękają srogo,
Ciągną i ciągną, wyciągnąć nie mogą!Leciał wysoko bocian-długonos,
"Fruńże tu, boćku, do nas na pomoc!"
Bociek za gąskę,
Gąska za kurkę,
Kurka za Kicię,
Kicia za Mruczka,
Mruczek za wnuczka,
Wnuczek za babcię,
Babcia za dziadka,
Dziadek za rzepkę,
Oj, przydałby się ktoś na przyczepkę!
Pocą się, sapią, stękają srogo,
Ciągną i ciągną, wyciągnąć nie mogą!Skakała drogą zielona żabka,
Złapała boćka - rzadka to gratka!
Żabka za boćka,
Bociek za gąskę,
Gąska za kurkę,
Kurka za Kicię,
Kicia za Mruczka,
Mruczek za wnuczka,
Wnuczek za babcię,
Babcia za dziadka,
Dziadek za rzepkę,
A na przyczepkę
Kawka za żabkę
Bo na tę rzepkę
Też miała chrapkę.Tak się zawzięli, Tak się nadęli,
Że nagle rzepkę
Trrrach!! - wyciągnęli!
Aż wstyd powiedzieć,
Co było dalej!
Wszyscy na siebie
Poupadali:
Rzepka na dziadka,
Dziadek na babcię,
Babcia na wnuczka,
Wnuczek na Mruczka,
Mruczek na Kicię,
Kicia na kurkę,
Kurka na gąskę,
Gąska na boćka,
Bociek na żabkę,
Żabka na kawkę
I na ostatku
Kawka na trawkę.
Idzie Grześ
Przez wieś,
Worek piasku niesie,
A przez dziurkę
Piasek ciurkiem
Sypie się za Grzesiem.«Piasku mniej —
Nosić lżej!»
Cieszy się głuptasek.
Do dom wrócił,
Worek zrzucił,
Ale gdzie ten piasek?Wraca Grześ
Przez wieś,
Zbiera piasku ziarnka.
Pomaluśku,
Powoluśku
Zebrała się miarka.Idzie Grześ
Przez wieś,
Worek piasku niesie,
A przez dziurkę
Piasek ciurkiem
Sypie się za Grzesiem…itd.
Położył się Dyzio na łące,
Przygląda się niebu błękitnemu
I marzy:
„Jaka szkoda, że te obłoczki płynące
Nie są z waniliowego kremu…
A te różowe -
Że to nie lody malinowe…
A te złociste, pierzaste -
Że to nie stosy ciastek…
I szkoda, że całe niebo
Nie jest z tortu czekoladowego…
Jaki piękny byłby wtedy świat!
Leżałbym sobie, jak leżę,
Na tej murawie świeżej,
Wyciągnąłbym tylko rękę
I jadł… i jadł… i jadł… ”.
Sterczy w ścianie taki pstryczek,
Mały pstryczek-elektryczek,
Jak tym pstryczkiem zrobić pstryk,
To się widno robi w mig.Bardzo łatwo:
Pstryk - i światło!
Pstryknąć potem jeszcze raz,
Zaraz mrok otoczy nas.
A jak pstryknąć trzeci raz-
Znowu dawny świeci blask.Taką siłę ma tajemną
Ten ukryty w ścianie smyk!
Ciemno - widno -
Widno - ciemno.Któż to jest ten mały pstryk?
Może świetlik? Może ognik?
Jak tam dostał się i skąd?To nie ognik. To przewodnik.
Taki drut, a w drucie PRĄD.
Robisz pstryk i włączasz PRĄD!
Elektryczny bystry PRRRRĄD!
I skąd światło?
Właśnie stąd!
Murzynek Bambo w Afryce mieszka ,
czarną ma skórę ten nasz koleżka.Uczy się pilnie przez całe ranki
Ze swej murzyńskiej pierwszej czytanki.A gdy do domu ze szkoły wraca ,
Psoci, figluje - to jego praca.Aż mama krzyczy: "Bambo, łobuzie!'
A Bambo czarną nadyma buzię.Mama powiada: "Napij się mleka"
A on na drzewo mamie ucieka.Mama powiada :"Chodź do kąpieli",
A on się boi że się wybieli.Lecz mama kocha swojego synka.
Bo dobry chłopak z tego murzynka.Szkoda że Bambo czarny , wesoły
nie chodzi razem z nami do szkoły.
Biega, krzyczy pan Hilary:
"Gdzie są moje okulary?"Szuka w spodniach i w surducie,
W prawym bucie, w lewym bucie.Wszystko w szafach poprzewracał,
Maca szlafrok, palto maca."Skandal! - krzyczy - nie do wiary!
Ktoś mi ukradł okulary!"Pod kanapą, na kanapie,
Wszędzie szuka, parska, sapie!Szuka w piecu i w kominie,
W mysiej dziurze i w pianinie.Już podłogę chce odrywać,
Już policję zaczął wzywać.Nagle zerknął do lusterka...
Nie chce wierzyć... Znowu zerka.Znalazł! Są! Okazało się,
Że je ma na własnym nosie.
Halo, halo! Tutaj ptasie radio w brzozowym gaju,
Nadajemy audycję z ptasiego kraju.
Proszę, niech każdy nastawi aparat,
Bo sfrunęły się ptaszki dla odbycia narad:
Po pierwsze - w sprawie,
Co świtem piszczy w trawie?
Po drugie - gdzie się
Ukrywa echo w lesie?
Po trzecie - kto się
Ma pierwszy kąpać w rosie?
Po czwarte - jak
Poznać, kto ptak,
A kto nie ptak?
A po piąte przez dziesiąte
Będą ćwierkać, świstać, kwilić,
Pitpilitać i pimpilić
Ptaszki następujące:Słowik, wróbel, kos, jaskółka,
Kogut, dzięcioł, gil, kukułka,
Szczygieł, sowa, kruk, czubatka,
Drozd, sikora i dzierlatka,
Kaczka, gąska, jemiołuszka,
Dudek, trznadel, pośmieciuszka,
Wilga, zięba, bocian, szpak
Oraz każdy inny ptak.Pierwszy - słowik
Zaczął tak:
"Halo! O, halo lo lo lo lo!
Tu tu tu tu tu tu tu
Radio, radijo, dijo, ijo, ijo,
Tijo, trijo, tru lu lu lu lu
Pio pio pijo lo lo lo lo lo
Plo plo plo plo plo halo!"Na to wróbel zaterlikał:
"Cóż to znowu za muzyka?
Muszę zajrzeć do słownika,
By zrozumieć śpiew słowika.
Ćwir ćwir świrk!
Świr świr ćwirk!
Tu nie teatr
Ani cyrk!Patrzcie go! Nastroszył piórka!
I wydziera się jak kurka!
Dość tych arii, dość tych liryk!
Ćwir ćwir czyrik,
Czyr czyr ćwirik!"I tak zaczął ćwirzyć, ćwikać,
Ćwierkać, czyrkać, czykczyrikać,
Że aż kogut na patyku
Zapiał gniewnie: "Kukuryku!"Jak usłyszy to kukułka,
Wrzaśnie: "A to co za spółka?
Kuku-ryku? Kuku-ryku?
Nie pozwalam, rozbójniku!
Bierz, co chcesz, bo ja nie skąpię,Ale kuku nie ustąpię.
Ryku - choć do jutra skrzecz!
Ale kuku - moja rzecz!"
Zakukała: kuku! kuku!
Na to dzięcioł: stuku! puku!
Czajka woła: czyjaś ty, czyjaś?
Byłaś gdzie? Piłaś co? Piłaś, to wyłaź!
Przepióreczka: chodź tu! Pójdź tu!
Masz co? daj mi! rzuć tu! rzuć tu!I od razu wszystkie ptaki
W szczebiot, w świegot, w zgiełk - o taki:
"Daj tu! Rzuć tu! Co masz? Wiórek?
Piórko? Ziarnko? Korek? Sznurek?
Pójdź tu, rzuć tu! Ja ćwierć i ty ćwierć!
Lepię gniazdko, przylep to, przytwierdź!
Widzisz go! Nie dam ci! Moje! Czyje?
Gniazdko ci wiję, wiję, wiję!
Nie dasz mi? Takiś ty? Wstydź się, wstydź się!"
I wszystkie ptaki zaczęły bić się.
Przyfrunęła ptasia milicja
I tak się skończyła ta leśna audycja.
Abecadło z pieca spadło,
O ziemię się hukło,
Rozsypało się po kątach,
Strasznie się potłukło:
I -- zgubiło kropeczkę,
H -- złamało kładeczkę,
B -- zbiło sobie brzuszki,
A -- zwichnęło nóżki,
O -- jak balon pękło,
aż się P przelękło.
T -- daszek zgubiło,
L -- do U wskoczyło,
S -- się wyprostowało,
R -- prawą nogę złamało,
W -- stanęło do góry dnem
i udaje, że jest M.
Płacze pani Słowikowa w gniazdku na akacji,
Bo pan Słowik przed dziewiątą miał być na kolacji,
Tak się godzin wyznaczonych pilnie zawsze trzyma,
A już jest po jedenastej - i Słowika nie ma!Wszystko stygnie: zupka z muszek na wieczornej rosie,
Sześć komarów nadziewanych w konwaliowym sosie,
Motyl z rożna, przyprawiony gęstym cieniem z lasku,
A na deser - tort z wietrzyka w księżycowym blasku.Może mu się co zdarzyło? może go napadli?
Szare piórka oskubali, srebry głosik skradli?
To przez zazdrość! To skowronek z bandą skowroniątek!
Piórka - głupstwo, bo odrosną, ale głos - majątek!Nagle zjawia się pan Słowik, poświstuje, skacze...
Gdzieś ty latał? Gdzieś ty fruwał? Przecież ja tu płaczę!
A pan Słowik słodko ćwierka: "Wybacz, moje złoto,
Ale wieczór taki piękny, ze szedłem piechotą!"
Miauczy kotek: miau!
- Coś ty, kotku, miał?
- Miałem ja miseczkę mleczka,
Teraz pusta jest miseczka,
A jeszcze bym chciał.Wzdycha kotek: o!
- Co ci, kotku, co?
- Śniła mi się wielka rzeka,
Wielka rzeka, pełna mleka
Aż po samo dno.Pisnął kotek: pii...
- Pij, koteczku, pij!
Skulił ogon, zmrużył ślipie,
Śpi - i we śnie mleczko chlipie,
Bo znów mu się śni.
Był sobie słoń, wielki — jak słoń.
Zwał się ten słoń Tomasz Trąbalski.
Wszystko, co miał, było jak słoń!
Lecz straszny był zapominalski.
Słoniową miał głowę
I nogi słoniowe,
I kły z prawdziwej kości słoniowej,
I trąbę, którą wspaniale kręcił,
Wszystko słoniowe — oprócz pamięci.Zaprosił kolegów — słoni — na karty
Na wpół do czwartej.
Przychodzą — ryczą: „Dzień dobry, kolego!”
Nikt nie odpowiada,
Nie ma Trąbalskiego.
Zapomniał! Wyszedł!
Miał przyjść do państwa Krokodylów
Na filiżankę wody z Nilu:
Zapomniał! Nie przyszedł!Ma on chłopczyka i dziewczynkę,
Miłego słonika i śliczną słoninkę,
Bardzo kocha te swoje słonięta,
Ale ich imion nie pamięta.
Synek nazywa się Biały Ząbek,
A ojciec woła: „Trąbek! Bombek!”
Córeczce na imię po prostu Kachna,
A ojciec woła: „Grubachna! Wielgachna!”
Nawet gdy własne imię wymawia,
Gdy się na przykład komuś przedstawia,
Często się myli Tomasz Trąbalski
I mówi: „Jestem Tobiasz Bimbalski”.
Żonę ma taką — jakby sześć żon miał!
(Imię jej: Bania, ale zapomniał).
No i ta żona kiedyś powiada:
„Idź do doktora, niechaj cię zbada,
Niech cię wyleczy na stare lata!”.
Więc zaraz poszedł — do adwokata,
Potem do szewca i do rejenta,
I wszędzie mówi, że nie pamięta!
„Dobrze wiedziałem, lecz zapomniałem,
Może kto z panów wie, czego chciałem?”Błąka się, krąży, jest coraz później,
Aż do kowala trafił, do kuźni.
Ten chciał go podkuć, więc oprzytomniał,
Przypomniał sobie to, co zapomniał!
Kowal go zbadał, miechem podmuchał,
Zajrzał do gardła, zajrzał do ucha,
Potem opukał młotem kowalskim
I mówi: „Wiem już, panie Trąbalski!
Co dzień na głowę wody kubełek
Oraz na trąbie zrobić supełek”.
I chlust go wodą! Sekundę trwało
I w supeł związał trąbę wspaniałą!Pędem poleciał Tomasz do domu.
Żona w krzyk: „Co to? ” — „Nie mów nikomu!
To dla pamięci!” — „O czym?” — „No… chciałem…”
— „Co chciałeś?” — „Nie wiem! Już zapomniałem!”
Murarz domy buduje,
Krawiec szyje ubrania,
Ale gdzieżby co uszył,
Gdyby nie miał mieszkania?A i murarz by przecie
Na robotę nie ruszył,
Gdyby krawiec mu spodni
I fartucha nie uszył.Piekarz musi mieć buty,
Więc do szewca iść trzeba,
No, a gdyby nie piekarz,
Toby szewc nie miał chleba.Tak dla wspólnej korzyści
I dla dobra wspólnego
Wszyscy muszą pracować,
Mój maleńki kolego.
Spadł kiedyś w lipcu
Śnieżek niebieski,
Szczekały ptaszki,
Ćwierkały pieski.Fruwały krówki
Nad modrą łąką,
Śpiewało z nieba
Zielone słonko.Gniazdka na kwiatach
Wiły motylki,
Trwało to wszystko
Może dwie chwilki.A zobaczyłem
Ten świat uroczy,
Gdy miałem właśnie
Przymknięte oczy.Gdym je otworzył,
Wszystko się skryło
I znów na świecie
Jak przedtem było.Wszystko się pięknie
Dzieje i toczy…
Lecz odtąd — często
Przymykam oczy.
Jeden wiatr — w polu wiał,
Drugi wiatr — w sadzie grał:
Cichuteńko, leciuteńko,
Liście pieścił i szeleścił,
Mdlał…Jeden wiatr — pędziwiatr!
Fiknął kozła, plackiem spadł,
Skoczył, zawiał, zaszybował,
Świdrem w górę zakołował
I przewrócił się, i wpadł
Na szumiący senny sad,
Gdzie cichutko i leciutko
Liście pieścił i szeleścił
Drugi wiatr…Sfrunął śniegiem z wiśni kwiat,
Parsknął śmiechem cały sad,
Wziął wiatr brata za kamrata,
Teraz z nim po polu lata,
Gonią obaj chmury, ptaki,Mkną, wplątują się w wiatraki,
Głupkowate mylą śmigi,
W prawo, w lewo, świst, podrygi,
Dmą płucami ile sił,
Łobuzują, pal je licho!…A w sadzie cicho, cicho…
Jest taka jedna Zosia,
Nazwano ją Zosia-Samosia,
Bo wszystko
"Sama! sama! sama!"
Ważna mi dama!
Wszystko sama lepiej wie,
Wszystko sama robić chce,
Dla niej szkoła, książka, mama
Nic nie znaczą - wszystko sama!
Zjadła wszystkie rozumy,
Więc co jej po rozumie?
Uczyć się nie chce - bo po co,
Gdy sama wszystko umie?
A jak zapytać Zosi:
- Ile jest dwa i dwa?
- Osiem!
- A kto był Kopernik?
- Król!
- A co nam Śląsk daje?
- Sól!
- A gdzie leży Kraków?
- Nad Wartą!
- A uczyć się warto?
- Nie warto!
Bo ja sama wszystko wiem
I śniadanie sama zjem,
I samochód sama zrobię,
I z wszystkim poradzę sobie!
Kto by się tam uczył, pytał,
Dowiadywał się i czytał,
Kto by sobie głowę łamał,
Kiedy mogę sama, sama!
- Toś ty taka mądra dama?
A kto głupi jest?
- Ja sama!